1. SOFAD
2. Violator
3. Ultra
4. BC
5. SGR
6. MFTM
7. Exciter (jednak lepszy od MM)
8. MM
9. Spirit
10. DM
11. CTA
12. ABF
13. S&S
14. PTA
15. SOTU
13 albumów DM - od najlepszego do najmniej najlepszego.
Moderatorzy: nancy boy, Moderatorzy
-
personal benek
- Posty: 857
- Rejestracja: ndz lip 05, 2009 16:19 pm
Re: 13 albumów DM - od najlepszego do najmniej najlepszego.
minelo kilka miesiecy wiec moge pokusic sie o moj ranking:
1. Violator
2. Songs of faith and devotion
3. Ultra
4. Playing the angel
5. Delta Machine
6. Music for the masses
7. Black Celebration
8. Memento Mori
9. Some Great Reward
10. Exciter
11. A broken frame
12. Sounds of universe
13. Construction time again
14. Spirit
15. Speak and spell
dobrze ze poczekalem bo na goraco w pierwszych tygodniach po premierze umiescilbym MM wyzej a tak troche ochlonalem,ale i tak niezly album bo miesci sie u mnie srodku stawki
1. Violator
2. Songs of faith and devotion
3. Ultra
4. Playing the angel
5. Delta Machine
6. Music for the masses
7. Black Celebration
8. Memento Mori
9. Some Great Reward
10. Exciter
11. A broken frame
12. Sounds of universe
13. Construction time again
14. Spirit
15. Speak and spell
dobrze ze poczekalem bo na goraco w pierwszych tygodniach po premierze umiescilbym MM wyzej a tak troche ochlonalem,ale i tak niezly album bo miesci sie u mnie srodku stawki
-
sightssethigher
- Posty: 2
- Rejestracja: czw cze 29, 2023 11:35 am
Re: 13 albumów DM - od najlepszego do najmniej najlepszego.
1. Songs of faith and devotion (11/10)
bezapelacyjnie i do samego końca
arcydzieło, tchnienie Ducha
myślę, że jeden z najważniejszych, najlepszych i najkompletniejszych albumów w szeroko rozumianej muzyce naszych czasów (unikam etykiet, "rozrywkowej" w szczególności)
płyta tyleż wyjątkowa co bezdzietna niestety
2-3. Violator & Ultra (9/10)
nie mogę rozsądzić, która wyżej -
Violator przełomowy ale ma więcej słabych punktów (clean, blue dress a zwłaszcza the sweetest perfection kompozycyjnie bez szału ale wyciągnięto z nich niemal maxa na etapie produkcji i wpasowano w znakomitą całość), z drugiej strony Ultra bez Wildera już mniej spójna jako album ale ciągle z duszą i zębem, dużo żywego grania, dużo kreatywnych rozwiązań, widać hormony po SoFaD jeszcze buzowały w chłopakach (na szczęscie)
4. Na czwórkę wchodzi Black Celebration (7/10) choć osłuchała mi się mocno i miejscami przecieka niedoróbką (new dress, ten potworek się nigdy nie obroni), czasem dziwne aranże jakby dobierane z przekory ale nie ma w tym zbiorze piosenki, wobec której można przejść obojętnie
świetne ponadczasowe single, z dozą mocy i tętna, a gdzieś obok nich liryczne perełki jak world full of nothing czy it doesn't matter (two)
to wszystko w sosie nieoczywistych i nie ulizanych tekstów Martina
it's easy to sleep away and believe it all, co to jest za cudny fragment!
5. Delta Machine (7/10)
byłby wyżej gdybym nie odkurzył Black Celebration
ale to wreszcie wyrazisty album ze świeżością, mocny, nie przeładowany formą, z dobrym wokalem, zwarty a przy tym różnorodny
świetne intro (welcome to my world) stopniowo wprowadza w podróż, zakreśla horyzont pojęć (all the drama queens have gone / and the devil got dismayed / he packed up and fled this town / his master plan delayed...), echo wibracji z SoFaD, zaguniona fala tej wrażliwości, uczucie rozpostarte między boskim, cesarskim, ludzkim i diabelskim
ps. omijam angel
klątwa numeru 2 - dwójeczka na krążkach ma u Depeszów skłonność do kulawości
6-7. Znów ex aequo - Playing the angel & Memento Mori(7/10) -
pierwsza z wymienionych cieszyła agresją po bezpłciowym Exciterze, martwiła podtrzymanym trendem do omijania żywych instrumentów
czepne nuty, dobra produkcja, okładka pięciolatka
John the revelator a very low point, zwiastunka spiritowych gniotów, kiepścizna choć przynajmniej przyrządzona z jajem
ciary przy nieoczekiwanym przejściu na nothing's impossible - o, jeszcze żyją, jeszcze jak!
ten moment to jedna z lepszych metamorfoz w trakcie trwania utworu biorąc pod uwagę całą dyskografię chłopaków, totalne odwrocenie klimatu, inna perspektywa, zdynamizowanie
taki szósty bieg w manualu (podobny, lepszy numer odwalili chyba tylko w personal jesus i policy of truth)
zarzut pierwszy nieoczywisty wobec tego krążka to początki komercyjnego piłowania pazurów widoczne w precious (upopienie, pisząc prawie gombrowiczem), coś, co będzie odbijać się czkawką aż do dziś (gen starości i truizmu vide heaven czy cover me a nawet ghosts again)
zarzut drugi, oczywisty bardziej, to słabiutka końcówka, wrzucone totalnie z czapy lilian jakoś umniejsza the darkest star, dziwnie sie tego słucha, rozszczelnia się płyta w tym momencie, nieudany, przegadany finał
w efekcie album gaśnie w miarę słuchania
a co do Memento, cóż, świeżynka, aranż czasem przerysowany natomiast wróciła celowość, wrócił zamysł i klimat
osobiście lepiej mi się słucha całości niż Playing, niektóre numery poszerzają horyzonty twórców i odbiorców - takimi są na pewno don't say you love me, gdzie Gahan wreszcie brzmi dojrzale a nie dziadowsko (nie sili się na mędrca, zachowuje lekkość, pasuje do tej konwencji) i soul with me - prędzej czy poźniej było wiadomo, że Gore da się porwać niestandardowym akordom i wkręci w klimaty liryzmu ponad wszystko, ale tutaj już odpalił na całość -
wylądował chłop na plaży
już nawet nie gospel a beach boys z palemką, która przesłania granicę kiczu
ale Martinek jej nie przekracza
broni się warsztatem, nutami, harmonią, oryginalnością i wokalem
świetna, dziwna kompozycja
ze smaczków świetne to przekomarzanie się ze sobą, dialogi z przeszłością, nawiązania (people are good vs people are people, "sometimes" w narkoopowieści caroline's monkey vs "sometimes" w detoksowym clean i kilka innych drobiazgów nawet muzycznych, które wychwyci wprawne ucho) ---> biere to, dobre to je
8-9. Some Great Reward & Music for the masses (7/10)
dwa wystrzałowe krążki, ale o ile dopieszczone w studio perfekcyjnie, tak muzycznie przeciętne* i dość przewidywalne:
starszy drapieżny i nowatorski, jedna wybitna sztuka - blasphemous rumours, druga cudowna (somebody), reszta konkretna i trzyma rezon
teksty ostre, klusek brak, troszkę wariactwa przy if you want (Alan się wyżył, spuścili go ze smyczy)
ten młodszy broni się hitami na singlach i spójnością, jednak poza never let me down again brakuje czegoś extra, brakuje zaskoczenia, nawet i want you now nie wychyla zbytnio poza obrys
płyta - monolit
-----
*przeciętne Depeche = solidne dla reszty świata : )
10. Exciter (6,5/10)
dobrze wyprodukowana płyta ale nie przemawia do mnie ten elektro-wysublimowany chłód kosztem żaru, emocji (the dead of night nie liczę, bo to cyrk z klaunami a nie pasja)
nudna płyta, cyfrowe morze misternie dobranych szelestów bez wyrazistości
dość powiedzieć, że to jedyny ich longplay, przy którym potrafię zasnąć
11. A broken frame (6/10)
dziki, niewyczesany, nieszablonowy
wychył w kierunku eksperymentów i emocji, a good choice that was at the end of the day
ps. no i cudowny nothing to fear, to jest imho top5 kompozycji DM
12. Speak and spell (uwzględniając czas wydania, absolutnie 6/10!)
w razie pytań "czemu tak wysoko" -
tora tora tora
photographic
new life
puppets
dreaming of me a nawet any second now bronią się do dziś (bo to dobre utwory były)
zgoda, słuchanie nodisco, boys say go!, what's your name, just cant get enough a zwłaszcza i sometimes wish i was dead podchodzi pod pedofilię z tęczowego music boxa
ale ogólnie - album podrostków, którzy bawią się muzyką, w tej prostocie szczery - a w każdym razie szczerszy i bardziej żywiołowy niż ostatnie trzy w moim rankingu
13. Construction time again (5/10)
koszmarny pipeline i mierne shame odstraszają od słuchania, nie ma bata na wyższą notę, muzycznie perełki na użytek własny to bezwokalne zakończenie the landscape is changing i and then, słabsze single, dwa energetyki na plusie (two minute warning & more than a party) i po balu
słowo-klucz: przekombinowany
14. Sounds of universe (4/10)
poszatkowany, chaotyczny, udziwniony w obróbce materiał, który ciężko wysłuchać w całości
a szkoda, miejscami ciekawe kompozycje, piękne wokale
ps. fatalna okładka na dokładkę
15. Spirit (2/10)
bida z nędzą
choćby punktu zaczepienia (bo nawet flagowa where's the revolution to nutka przycięta pod radio tak niezgrabnie, że wszystkie ciekawe wątki zostały wbite w glebę, a dwa pożegnania na koniec czyli no more i fail z potencjałem na depeszowe 3D i muzyczną przestrzeń - znak firmowy- wtłoczone w jakąś dziwną ramę bitów i nieposklejanych podkładów
wstyd, że cos takiego zdołało zbiec ze studia
przynajmniej na koniec trafne autopodsumowanie:
we're hopless, forget the denying
our standards are sinking
our dignity has sailed
oh, we've failed
bezapelacyjnie i do samego końca
arcydzieło, tchnienie Ducha
myślę, że jeden z najważniejszych, najlepszych i najkompletniejszych albumów w szeroko rozumianej muzyce naszych czasów (unikam etykiet, "rozrywkowej" w szczególności)
płyta tyleż wyjątkowa co bezdzietna niestety
2-3. Violator & Ultra (9/10)
nie mogę rozsądzić, która wyżej -
Violator przełomowy ale ma więcej słabych punktów (clean, blue dress a zwłaszcza the sweetest perfection kompozycyjnie bez szału ale wyciągnięto z nich niemal maxa na etapie produkcji i wpasowano w znakomitą całość), z drugiej strony Ultra bez Wildera już mniej spójna jako album ale ciągle z duszą i zębem, dużo żywego grania, dużo kreatywnych rozwiązań, widać hormony po SoFaD jeszcze buzowały w chłopakach (na szczęscie)
4. Na czwórkę wchodzi Black Celebration (7/10) choć osłuchała mi się mocno i miejscami przecieka niedoróbką (new dress, ten potworek się nigdy nie obroni), czasem dziwne aranże jakby dobierane z przekory ale nie ma w tym zbiorze piosenki, wobec której można przejść obojętnie
świetne ponadczasowe single, z dozą mocy i tętna, a gdzieś obok nich liryczne perełki jak world full of nothing czy it doesn't matter (two)
to wszystko w sosie nieoczywistych i nie ulizanych tekstów Martina
it's easy to sleep away and believe it all, co to jest za cudny fragment!
5. Delta Machine (7/10)
byłby wyżej gdybym nie odkurzył Black Celebration
ale to wreszcie wyrazisty album ze świeżością, mocny, nie przeładowany formą, z dobrym wokalem, zwarty a przy tym różnorodny
świetne intro (welcome to my world) stopniowo wprowadza w podróż, zakreśla horyzont pojęć (all the drama queens have gone / and the devil got dismayed / he packed up and fled this town / his master plan delayed...), echo wibracji z SoFaD, zaguniona fala tej wrażliwości, uczucie rozpostarte między boskim, cesarskim, ludzkim i diabelskim
ps. omijam angel
klątwa numeru 2 - dwójeczka na krążkach ma u Depeszów skłonność do kulawości
6-7. Znów ex aequo - Playing the angel & Memento Mori(7/10) -
pierwsza z wymienionych cieszyła agresją po bezpłciowym Exciterze, martwiła podtrzymanym trendem do omijania żywych instrumentów
czepne nuty, dobra produkcja, okładka pięciolatka
John the revelator a very low point, zwiastunka spiritowych gniotów, kiepścizna choć przynajmniej przyrządzona z jajem
ciary przy nieoczekiwanym przejściu na nothing's impossible - o, jeszcze żyją, jeszcze jak!
ten moment to jedna z lepszych metamorfoz w trakcie trwania utworu biorąc pod uwagę całą dyskografię chłopaków, totalne odwrocenie klimatu, inna perspektywa, zdynamizowanie
taki szósty bieg w manualu (podobny, lepszy numer odwalili chyba tylko w personal jesus i policy of truth)
zarzut pierwszy nieoczywisty wobec tego krążka to początki komercyjnego piłowania pazurów widoczne w precious (upopienie, pisząc prawie gombrowiczem), coś, co będzie odbijać się czkawką aż do dziś (gen starości i truizmu vide heaven czy cover me a nawet ghosts again)
zarzut drugi, oczywisty bardziej, to słabiutka końcówka, wrzucone totalnie z czapy lilian jakoś umniejsza the darkest star, dziwnie sie tego słucha, rozszczelnia się płyta w tym momencie, nieudany, przegadany finał
w efekcie album gaśnie w miarę słuchania
a co do Memento, cóż, świeżynka, aranż czasem przerysowany natomiast wróciła celowość, wrócił zamysł i klimat
osobiście lepiej mi się słucha całości niż Playing, niektóre numery poszerzają horyzonty twórców i odbiorców - takimi są na pewno don't say you love me, gdzie Gahan wreszcie brzmi dojrzale a nie dziadowsko (nie sili się na mędrca, zachowuje lekkość, pasuje do tej konwencji) i soul with me - prędzej czy poźniej było wiadomo, że Gore da się porwać niestandardowym akordom i wkręci w klimaty liryzmu ponad wszystko, ale tutaj już odpalił na całość -
wylądował chłop na plaży
już nawet nie gospel a beach boys z palemką, która przesłania granicę kiczu
ale Martinek jej nie przekracza
broni się warsztatem, nutami, harmonią, oryginalnością i wokalem
świetna, dziwna kompozycja
ze smaczków świetne to przekomarzanie się ze sobą, dialogi z przeszłością, nawiązania (people are good vs people are people, "sometimes" w narkoopowieści caroline's monkey vs "sometimes" w detoksowym clean i kilka innych drobiazgów nawet muzycznych, które wychwyci wprawne ucho) ---> biere to, dobre to je
8-9. Some Great Reward & Music for the masses (7/10)
dwa wystrzałowe krążki, ale o ile dopieszczone w studio perfekcyjnie, tak muzycznie przeciętne* i dość przewidywalne:
starszy drapieżny i nowatorski, jedna wybitna sztuka - blasphemous rumours, druga cudowna (somebody), reszta konkretna i trzyma rezon
teksty ostre, klusek brak, troszkę wariactwa przy if you want (Alan się wyżył, spuścili go ze smyczy)
ten młodszy broni się hitami na singlach i spójnością, jednak poza never let me down again brakuje czegoś extra, brakuje zaskoczenia, nawet i want you now nie wychyla zbytnio poza obrys
płyta - monolit
-----
*przeciętne Depeche = solidne dla reszty świata : )
10. Exciter (6,5/10)
dobrze wyprodukowana płyta ale nie przemawia do mnie ten elektro-wysublimowany chłód kosztem żaru, emocji (the dead of night nie liczę, bo to cyrk z klaunami a nie pasja)
nudna płyta, cyfrowe morze misternie dobranych szelestów bez wyrazistości
dość powiedzieć, że to jedyny ich longplay, przy którym potrafię zasnąć
11. A broken frame (6/10)
dziki, niewyczesany, nieszablonowy
wychył w kierunku eksperymentów i emocji, a good choice that was at the end of the day
ps. no i cudowny nothing to fear, to jest imho top5 kompozycji DM
12. Speak and spell (uwzględniając czas wydania, absolutnie 6/10!)
w razie pytań "czemu tak wysoko" -
tora tora tora
photographic
new life
puppets
dreaming of me a nawet any second now bronią się do dziś (bo to dobre utwory były)
zgoda, słuchanie nodisco, boys say go!, what's your name, just cant get enough a zwłaszcza i sometimes wish i was dead podchodzi pod pedofilię z tęczowego music boxa
ale ogólnie - album podrostków, którzy bawią się muzyką, w tej prostocie szczery - a w każdym razie szczerszy i bardziej żywiołowy niż ostatnie trzy w moim rankingu
13. Construction time again (5/10)
koszmarny pipeline i mierne shame odstraszają od słuchania, nie ma bata na wyższą notę, muzycznie perełki na użytek własny to bezwokalne zakończenie the landscape is changing i and then, słabsze single, dwa energetyki na plusie (two minute warning & more than a party) i po balu
słowo-klucz: przekombinowany
14. Sounds of universe (4/10)
poszatkowany, chaotyczny, udziwniony w obróbce materiał, który ciężko wysłuchać w całości
a szkoda, miejscami ciekawe kompozycje, piękne wokale
ps. fatalna okładka na dokładkę
15. Spirit (2/10)
bida z nędzą
choćby punktu zaczepienia (bo nawet flagowa where's the revolution to nutka przycięta pod radio tak niezgrabnie, że wszystkie ciekawe wątki zostały wbite w glebę, a dwa pożegnania na koniec czyli no more i fail z potencjałem na depeszowe 3D i muzyczną przestrzeń - znak firmowy- wtłoczone w jakąś dziwną ramę bitów i nieposklejanych podkładów
wstyd, że cos takiego zdołało zbiec ze studia
przynajmniej na koniec trafne autopodsumowanie:
we're hopless, forget the denying
our standards are sinking
our dignity has sailed
oh, we've failed
Re: 13 albumów DM - od najlepszego do najmniej najlepszego.
1. Violator
2. Playing The Angel
3. Memento Mori
4. Songs of Faith and Devotion
5. Music For The Masses
6. ULTRA
7. Some Great Reward
8. Exciter
9. Black Celebration
10. Delta Machine
11. Sounds of The Universe
12. Construction Time Again
13. Spirit
14. Speak & Spell
15. A Broken Frame
2. Playing The Angel
3. Memento Mori
4. Songs of Faith and Devotion
5. Music For The Masses
6. ULTRA
7. Some Great Reward
8. Exciter
9. Black Celebration
10. Delta Machine
11. Sounds of The Universe
12. Construction Time Again
13. Spirit
14. Speak & Spell
15. A Broken Frame
Re: 13 albumów DM - od najlepszego do najmniej najlepszego.
Ogólnie na chwilę obecną (luty 2024) u mnie wygląda to tak.
01. BC - najlepszy z najlepszych rzecz jasna.
02. SOFAD.
03. MFTM.
04. Violator.
05. Delta Machine.
06. SGR.
07. MM.
08. CTA.
09. SOTU.
10. PTA.
11. Ultra.
12. Spirit.
13. Exciter.
14. ABF.
15. S&S - najmniej intrygujący, ale oczywiście też wart uwagi.
Tak to wygląda u mnie w chwili obecnej. Bardzo ważne jest dla mnie to, że układając taką listę powinno się ją podzielić na dwie serie: DM wczesne i klasyczne oraz druga DM współczesne/DM XXI wieku. Jedni stwierdzą, że pierwsza lista będzie od debiutu do Ultry, a druga od Exciter do MM. Inni powiedzą/napiszą, że na Songs kończy się klasyczne DM, a na Ultrze zaczyna współczesne. Ja należę do tych pierwszych, ale pewnie dlatego, że jak zainteresowałem się Depeszami to Ultra była ostatnim albumem i było to oczekiwanie jakie będzie dM w XXI wieku.
Pierwsza lista wówczas wyglądała by u mnie tak:
01. BC.
02. SOFAD.
03. MFTM.
04. Violator.
05. SGR.
06. CTA.
07. Ultra.
08. ABF.
09. S&S.
DM współczesne:
01. DM.
02. MM.
03. SOTU.
04. PTA.
05. Spirit.
06. Exciter.
Gdybym jednak uznał Ultrę za początek obecnego dM wyglądałoby to tak:
Depeche Mode klasyczne:
01. BC.
02. SOFAD.
03. MFTM.
04. Violator.
05. SGR.
06. CTA.
07. ABF.
08. S&S.
Depeche Mode współczesne:
01. DM.
02. MM.
03. SOTU.
04. PTA.
05. Ultra.
06. Spirit.
07. Exciter.
I tak właśnie moim zdaniem powinno być. Nie da się ułożyć dobrze ogólnej listy. No bo jak np. uczciwie porównać SGR z PTA czy np. CTA z Deltą?
01. BC - najlepszy z najlepszych rzecz jasna.
02. SOFAD.
03. MFTM.
04. Violator.
05. Delta Machine.
06. SGR.
07. MM.
08. CTA.
09. SOTU.
10. PTA.
11. Ultra.
12. Spirit.
13. Exciter.
14. ABF.
15. S&S - najmniej intrygujący, ale oczywiście też wart uwagi.
Tak to wygląda u mnie w chwili obecnej. Bardzo ważne jest dla mnie to, że układając taką listę powinno się ją podzielić na dwie serie: DM wczesne i klasyczne oraz druga DM współczesne/DM XXI wieku. Jedni stwierdzą, że pierwsza lista będzie od debiutu do Ultry, a druga od Exciter do MM. Inni powiedzą/napiszą, że na Songs kończy się klasyczne DM, a na Ultrze zaczyna współczesne. Ja należę do tych pierwszych, ale pewnie dlatego, że jak zainteresowałem się Depeszami to Ultra była ostatnim albumem i było to oczekiwanie jakie będzie dM w XXI wieku.
Pierwsza lista wówczas wyglądała by u mnie tak:
01. BC.
02. SOFAD.
03. MFTM.
04. Violator.
05. SGR.
06. CTA.
07. Ultra.
08. ABF.
09. S&S.
DM współczesne:
01. DM.
02. MM.
03. SOTU.
04. PTA.
05. Spirit.
06. Exciter.
Gdybym jednak uznał Ultrę za początek obecnego dM wyglądałoby to tak:
Depeche Mode klasyczne:
01. BC.
02. SOFAD.
03. MFTM.
04. Violator.
05. SGR.
06. CTA.
07. ABF.
08. S&S.
Depeche Mode współczesne:
01. DM.
02. MM.
03. SOTU.
04. PTA.
05. Ultra.
06. Spirit.
07. Exciter.
I tak właśnie moim zdaniem powinno być. Nie da się ułożyć dobrze ogólnej listy. No bo jak np. uczciwie porównać SGR z PTA czy np. CTA z Deltą?
Re: 13 albumów DM - od najlepszego do najmniej najlepszego.
1. Violator
2. Songs of Faith and Devotion
3. Playing the Angel
4. Music for the Masses
5. Black Celebration
6. Some Great Reward
7. Memento Mori
8. Construction Time Again
9. Ultra
10. Exciter
11. Delta Machine
12. Spirit
13. A Broken Frame
14. Sounds of the universe
15. Speak & Spell
To tak na teraz u mnie wyglada
2. Songs of Faith and Devotion
3. Playing the Angel
4. Music for the Masses
5. Black Celebration
6. Some Great Reward
7. Memento Mori
8. Construction Time Again
9. Ultra
10. Exciter
11. Delta Machine
12. Spirit
13. A Broken Frame
14. Sounds of the universe
15. Speak & Spell
To tak na teraz u mnie wyglada